NBA All Star
Najlepsza liga świata NBA do Polskiej Ligi Koszykówki ma się jak piernik do wiatraka. Niby chodzi o to samo, niby po boisku chodzi taka sama liczba koszykarzy, niby obręcz zawieszona jest na tej samej wysokości. A jednak wszystko jest kompletnie różne. Najokazalej wielki dystans dzielący polskie rozgrywki od tych NBA uwidoczniły coroczne spotkania najlepszych graczy obu zawodowych lig (tak tak, Polska Liga Koszykówki jest ligą zawodową…). Ich rozmach i organizacyjny porządek.
NBA All Star 2010 odbył się w Dallas. Właściciel miejscowej drużyny Mavericks, obrzydliwie bogaty Mark Cuban znany nie tylko z udziału w amerykańskiej wersji Tańca z Gwiazdami ale także (a może przede wszystkim) z porażającej hojności oraz łatwości z jaką wydanie sumy z sześcioma zerami. Gdy Cuban w końcu wywalczył dla „swojego” Dallas możliwość organizacji NBA All Star od razu poinformował, że takiego spotkania świat jeszcze nie wiedział (a przynajmniej ten koszykarski). Jak zapowiedział, tak uczynił. Na arenie stadionu Dallas Cowboys zasiadło 108 tysięcy fanów, którzy podziwiali popisy najlepszych graczy NBA. I nie ma tu znaczenia, że zdecydowana większość swe oczy wlepiała w umieszczony pod kopułą obiektu ekran. Oczywiście w wydaniu XXL. Bo Amerykanie wszystko chcą mieć największe, najlepsze, najokazalsze – simply the best.
Co innego w u nas. Władze polskiej ligi święto koszykówki postanowiły w tym roku nadać miastu, które drużyny ekstraklasowej… w ogóle nie ma. Do lubelskiej hali Globus dostać się mogło 4 tysiące kibiców, telebimu zabrakło, prowadzący niedomagał. I znowu, takie same jak w Stanach były tylko kosze, parkiet, liczba koszykarzy przebywających na parkiecie…
Koncert nieporadności dali organizatorzy. Co prawda popisy zespołu tanecznego z Wrocławia oraz Trójmiasta a także gościnny występ podniebnej ekipy tanecznej „Ocelot” wywarły wrażenie, lecz 10-cio minutowa cisza zaraz po nich już mniej. Przez transmisję telewizyjną mecz musiał się nieco opóźnić, na co absolutnie nikt nie był przygotowany. W tym czasie prowadzący nieudolnie próbował rozweselić widzów swoimi opowieściami a także zachęcać ich do meksykańskiej fali. Rzeczywiście, było z czego się śmiać…